TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

chignahuapan

Aktualności

img

02.04.2018

Arka Gdynia - Legia Warszawa 1:0. Proste środki, ciężka praca.

Dynamika, intensywność, pressing. Efekty wcale nie byłyby takie dobre, gdyby zawiódł chociaż jeden element. Bo choć taktyka wcale nie wyglądała na wybitnie skomplikowaną, to stały za nią rozwiązania wypracowane w pocie czoła.

 

Wymagająca prostota

Zamiast silenia się na przesadną kreatywność, trener Ojrzyński wybiera całkiem jasne i zrozumiałe schematy. Gra z pominięciem środkowej strefy ma być jednym z nich. Arkowcy starali się jak najszybciej dostarczyć piłkę do najbardziej wysuniętych zawodników. Był jeden haczyk - nie za wszelką cenę.

 

Strategia, która naturalnie przywołuje skojarzenia topornego futbolu, była lekka, dynamiczna i bardziej pomysłowa niż mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Okazało się bowiem, że tych "haczyków" było znacznie więcej. Z założenia proste środki wymagały konsekwentnej pracy całej drużyny.

 

Klucz do wysokiej efektywności stanowiła komunikacja na odpowiednim poziomie, nie tylko w obrębie strefy ofensywnej. Napastnicy nieustannie wymieniali się pozycjami, ale to raczej Jankowski odpowiadał za pojedynki główkowe (wielokrotnie wygrywane). Było to o tyle istotne, bo w tym czasie Siemaszko nie był szczególnie przywiązany do pozycji.

 

Częściej to on schodził w nieco niższe sektory boiska, pomagał w odbiorze i bezpośrednio zagrywał do zawodników ustawionych wyżej. W 15. minucie uruchomił Nalepę piłką ze środka pola. Świetnie radził sobie pod presją - nie wpływała ona negatywnie na jakość podań. Chwilę później w podobny sposób wypuścił drugiego snajpera na czystą pozycję (futbolówka między Pazdana i Remy'ego).

 

Możliwości ofensywnego duetu byłyby znacznie bardziej ograniczone, gdyby nie współpraca całej ekipy. Siemaszko miałby znacznie mniej miejsca, a Jankowski tak łatwo nie uwalniałby się spod krycia. Potrzeba było konsekwentnej gry w środkowej strefie.


Naczynia połączone

Arkowcy dominowali w środku pola. Udało im się to osiągnąć dzięki dwóm czynnikom: fizycznemu i psychologicznemu.

 

Podopieczni trenera Ojrzyńskiego od samego początku podchodzili bardzo wysoko, starając się jak najszybciej odebrać futbolówkę przeciwnikowi. Początkowo było w tym trochę chaosu, ale dość szybko dominacja urosła do sporych rozmiarów. Wszystko dzięki sprawnemu i agresywnemu odbiorowi. Zawodnicy mieli jasne wytyczne do kogo oraz w którym momencie powinni doskoczyć tak, że w pierwszej części meczu cały czas byli o krok przed przeciwnikiem. Widać było różnicę w tempie doskoku między piłkarzami obu drużyn. Gospodarze byli ustawieni ciasno - środek pola znajdował się bardzo blisko linii obrony. Tylko że piłki odbierano na połowie rywala, co wymuszało dość wysokie ustawienie.

 

Taka strategia nie miałaby racji bytu bez odpowiedniej komunikacji. Piesio nieustannie wracał nisko do odbioru i tak samo robił Szwoch. W ten sposób wspomagali boki obrony. Dodatkowe wsparcie zapewniał duet Nalepa-Bohdanow, który podłączał się do bocznych sektorów boiska. Legioniści nie tylko mieli ograniczone pole manewru, ale pod gwałtownym naciskiem popełniali proste błędy i tracili piłkę.

 

Istotny był aspekt psychologiczny. Arka od samego początku chciała narzucić swoje warunki gry - uparcie dążyła do osiągnięcia tego celu. Nie przeszkadzał całkowity brak przytrzymania futbolówki w środkowej strefie. Podopieczni trenera Ojrzyńskiego w momencie odbioru wiedzieli, gdzie chcą ją skierować. Rywal był podwajany albo i nawet potrajany, rzadko kiedy pozostawiany bez nadzoru.


Regulowana intensywność

Ta dynamika w podejmowaniu decyzji była dobrze widoczna na przykładzie Vesovicia, który w pierwszym kwadransie najsilniej próbował coś zdziałać. W czasie pierwszej próby pilnował go Bohdanow - Czarnogórzec bez większych trudności wygrał z nim pojedynek. Za drugim razem wsparcie zapewnił Piesio, później to samo zrobił Marciniak. Arkowcy ograniczyli do minimum bezpośrednią grę przeciwnika.

 

Intensywność przed przerwą utrzymywała się na bardzo wysokim poziomie. Do takiego stopnia, że od około 30. minuty każda próba odbioru kończyła się pomyślnie. W drugiej części meczu sytuacja uległa zmianie - podopieczni trenera Ojrzyńskiego cofnęli się, ale nie oddali inicjatywy. Po prostu Legia miał te kilka(czasami -naście) metrów więcej na rozegranie i faktycznie wykorzystywała je mniej więcej do 60.-65. minuty.

 

Stworzyła sobie kilka sytuacji, ale w okolicach pola karnego napotykała opór. Okazało się, że plan Arki pozostał ten sam. Gra nadal miała być bezpośrednia, założenia na linii pomoc-obrona takie same, ale realizowane z mniejszą intensywnością. Zasady przesuwania się poszczególnych części formacji pozostały niezmienne, nawet pomimo kilku zmian. Wejście Esquedy nie wpłynęło negatywnie na komunikację - kilkakrotnie, w ten sam sposób co w pierwszej połowie, udało się zagrozić bramce Legii.

Atuty na pierwszy plan

Do bezpośredniej gry dołożono kilka innych, bardzo dopracowanych elementów. Oprócz rzutów z autu, do których szkoleniowiec Arki od dłuższego czasu przykłada ogromną wagę, pojawił się cały wachlarz nowych wariantów rozegrania pozostałych stałych fragmentów.

 

Najbardziej charakterystyczny był rzut wolny, który przyniósł zwycięskiego gola. Bohdanow uderzył płasko po ziemi, a futbolówka przeszła między nogami Siemaszki. Praca piłkarzy w murze była o tyle istotna, że w innym przypadku uderzenie zablokowałby któryś z legionistów.

 

Natomiast rzuty rożne dość często wykonywano w drugie tempo. W tym przypadku szczególnie wyeksponowana została rola innego zawodnika. Były dwie możliwości. Piłkę albo dostarczano bezpośrednio z narożnika do Szwocha i to on miał ją wrzucić w pole karne, albo zagrywano w ciemno. Bohdanow w 40. minucie wybrał ten drugi wariant. Posłał futbolówkę na około 18. metr, gdzie zebrał ją 25-latek. Dało się zauważyć, że element był ćwiczony, bo Szwoch przed podaniem był ustawiony bliżej przeciwległej strony pola karnego.

 

Pomocnik gdynian był bardzo aktywny nie tylko przy okazji stałych fragmentów gry. Wykonywał kawał dobrej roboty w odbiorze, gdy ścinał ze skrzydła w okolice środkowej strefy i w drugą stronę - gdy niezbędne było wyjście na obieg.

 

To wszystko sprawiło, że Arka nadal utrzymuje się w walce o pierwszą "ósemkę". Do ostatecznego rozstrzygnięcia dojdzie za tydzień w Gdańsku. Kibice gdynian mogą sobie pozwolić na nieśmiałą dozę optymizmu, bowiem właśnie ta wysoka intensywność wydaje się być kluczem do zwycięstwa z Lechią. Podopieczni trenera Stokowca nie radzą sobie z drużynami, które szybko przenoszą ciężar gry i sprawnie wymieniają pozycję. Ale to tylko wierzchołek góry lodowej - nikt w Gdyni nie zamierza spocząć na laurach.

 

Aleksandra Sieczka

 








Poprzedni Następny

Mapa Strony