TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

chignahuapan

Aktualności

img

06.07.2019

Luka Zarandia: Zawsze będę Arkowcem

Kontrakt z Arką podpisał w styczniu 2017 roku. Od tamtego czasu minęły ponad dwa lata, a Gdynia stała się dla niego drugim domem, w którym odnalazł rodzinę. Jak do tego doszło, opowiedział podczas pożegnalnej rozmowy. Choć tak naprawdę Luka nie mówi ?żegnajcie?, tylko ?do zobaczenia?.

PAWEŁ MARSZAŁKOWSKI I ANDRZEJ RUKŚĆ: Nie jest łatwo, co?

 

LUKA ZARANDIA: Jest bardzo trudno…

 

To twój ostatni dzień w Gdyni.

 

Czuję się tu tak dobrze, że najchętniej zostałbym na zawsze.  Ale muszę rozpocząć nowy rozdział, zmierzyć się z kolejnymi wyzwaniami. W Gdyni zostawiam kawałek mojego serca.

 

Dziś dzień ostatni, a pamiętasz ten pierwszy?

 

Trwała sroga zima. Dookoła leżało mnóstwo śniegu, a mróz nie odpuszczał. Najpierw pojechałem do klubu. Tam krótkie negocjacje i podpisanie kontraktu, po czym ruszyłem do Cetniewa, gdzie trwało zgrupowanie.

 

Niewiele brakowało, a zamiast w Gdyni, wylądowałbyś gdzieś w Dani.

 

Zaważyło przeczucie. Dosłownie. Siedziałem nad kontraktem, który czekał jedynie na mój podpis, aż nagle poczułem, że nie chcę tego robić. Poprosiłem menadżera, żebyśmy sprawdzili ofertę z Arki. I, dzięki Bogu, wkrótce trafiłem do Gdyni. Ogromna w tym zasługa pana Edwarda Klejndinsta, który mocno we mnie wierzył i przekonywał, abym podpisał umowę z Arką. Jestem mu bardzo wdzięczny, zresztą nie tylko za to. Pan Edward jest fantastycznym człowiekiem.

 

Zostałeś w Gdyni na dwa i pół roku. Jakie wspomnienia stąd zabierzesz? Wymień pierwsze trzy, które przychodzą ci do głowy.

 

Puchar Polski, „Górka” przy Ejsmonda i kibice. W ogromnym skrócie. Wszystko, co udało mi się osiągnąć w seniorskiej karierze, związane jest z Arką. Trzy trofea, tysiące pięknych chwil… Jeśli dziś Luka Zarandia coś znaczy, jest to zasługą całego zespołu i wszystkich ludzi, których poznałem w Gdyni. Myślałem, że przyjeżdżam tu do drużyny, a zastałem rodzinę.

 

 

Pamiętasz moment, w którym kibice po raz pierwszy skandowali twoje nazwisko?

 

Doskonale pamiętam to uczucie. Taka reakcja fanów to coś szczególnego – coś, na co trzeba sobie zapracować. Przyjechałem tu z daleka i choć teraz czuję się Arkowcem, to nie urodziłem się nim, jak Michał Nalepa, Rafał Siemaszko, Grzegorz Witt czy Jarosław Krupski. A mimo to nadszedł moment, w którym kibice obdarzyli mnie szacunkiem. Kiedy usłyszałem, jak skandują moje nazwisko, poczułem, że jesteśmy jednością. Zrozumiałem, co czują „Nalep” czy „Siema” i uświadomiłem sobie, że teraz i ja jestem stąd. Że w Gdyni jestem u siebie i zawsze będę z Arki. Dziękuję, że tak mnie przyjęliście.

 

Kibice okazują ci wielki szacunek również podczas pożegnania – dziękują za to, co zrobiłeś dla Arki i życzą powodzenia.

 

Nawet nie wiecie, jak ważne to dla mnie. Od kilku dni dostaję setki wiadomości – wyłącznie pozytywnych. Fani rozumieją, że znalazłem się w takim momencie kariery, w którym muszę zrobić krok naprzód i rozwinąć się. Dają do zrozumienia, że polubili mnie i szanują nie tylko jako piłkarza ich ukochanego klubu, ale i jako człowieka. Rozumiecie więc, że nie jest przesadą, kiedy mówię, że w Gdyni znalazłem drugi dom, rodzinę i przyjaciół.

 

Przyjaciół na całe życie?

 

Zdecydowanie. Prawdziwych przyjaciół i wielką rodzinę, która nazywa się: Arka Gdynia. To zawodnicy, kibice, trenerzy, cały sztab, pracownicy klubu… Wszyscy. Tego, jak wyjątkowo czułem się w Gdyni, nie można kupić za żadne pieniądze i nikt mi tego nie odbierze. To jest dla mnie najważniejsze.

 

W drużynie odnalazłeś się od początku?

 

Praktycznie od pierwszej chwili, wszyscy starali się mi pomóc, za co teraz chcę jeszcze raz podziękować. Adaś Marciniak codziennie przyjeżdżał po mnie i zawoził na treningi. Każdy pytał, czy czegoś potrzebuję: Pavels, „Nalepka”, Marcus, „Densiu”, „Szwoszek”, „Marcjan”, „Sołdek”… Musiałbym wymienić wszystkich. Potem dołączyli Adam Deja czy Michał Janota, z którymi również miałem dobry kontakt. Naprawdę nie sposób wymienić wszystkich. Dziękuję każdemu. Choć jeszcze jedną osobą muszę wymienić… „Sobi”. Niesamowity człowiek. Lider, jakich bardzo rzadko spotyka się na swojej drodze.

 

Podobnie wypowiadałeś się o trenerze Ojrzyńskim.

 

Jeśli moja kariera potoczy się pomyślnie, w 90 procentach będzie to zasługa Leszka Ojrzyńskiego. To trener, który totalnie mnie zmienił. Dbał o mnie. Wiedział, kiedy pożartować, a kiedy należy być surowym i stanowczym. Gdyby pewnego dnia powiedział: „Luka, idziemy na wojnę!”, to poszedłbym na front bez wahania. Gdyby powiedział: „Hej, czas na zmianę dyscypliny. Od teraz będziesz grał w bowling!”, to zostawiłbym piłkę i zaczął grać w bowling. Byłem z nim do końca i dziś chcę mu podziękować. Tak po prostu. Dzięki trenerowi Ojrzyńskiemu znowu uwierzyłem w swój talent i w to, że jeszcze nie jest za późno, żebym rozwinął się jako piłkarz i mierzył wysoko. Oczywiście pomagali mu: Grzegorz Witt, Grzegorz Opaliński, Patryk Kniat i cały sztab, w którym – jak już wspomniałem – nie brakuje Arkowców z krwi i kości. Generalnie w klubie pracuje wiele osób, które są emocjonalnie związane z Arką. Uważam, że to bardzo ważne. Trenera Witta już wspomniałem, do tego choćby trener Krupski, Marek Gaduła albo – wcześniej – Grzegorz Niciński. To ludzie, którzy dają przykład, jak bardzo można kochać Arkę.

 

Z trenerem Nicińskim pracowałeś dość krótko.

 

To prawda, ale u niego zadebiutowałem w żółto-niebieskich barwach, za co dziękuję.

 

Z Grzegorzem Nicińskim i Jarosławem Krupskim łączy cię jeszcze jedna rzecz: każdy z was znalazł się w gronie nominowanych do jedenastki 90-lecia Arki. Jak się z tym czujesz?

 

Jestem dumny i szczęśliwy już z faktu, że znalazłem się wśród nominowanych. Słyszałem, jak podczas konferencji, pan Janusz Kupcewicz wytypował mnie do swojej prywatnej jedenastki. Czuję się tym faktem zaszczycony. Tym bardziej, że wiem, jak wiele osiągnął.

 

 

 

A propos osiągnięć, powspominajmy jeszcze przez chwilę zwycięski finał Pucharu Polski, w którym odegrałeś jedną z kluczowych ról. Jest 2 maja 2017 roku…

 

Pamiętam, że dochodziłem do siebie po dłuższej kontuzji. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem, że wejdę na boisko. Tym bardziej, że ławka była bardzo długa. Więc usiadłem i trzymałem kciuki za chłopaków. Aż nagle trener dał sygnał, żebym biegł się rozgrzewać. Potem wszedłem i wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mecz, medale, impreza – minęło wiele godzin, a mi wydawało się, że to sekundy. Następnego dnia obudziłem się i poczułem tę fantastyczną świadomość, że zrobiliśmy to. Osiągnęliśmy niesamowity sukces, choć niewielu na nas stawiało.

 

Powiedziałeś kiedyś, że prowadziliście już przed meczem, co było zasługą motywacji Leszka Ojrzyńskiego i „Sobiego”.

 

Oni urodzili się z tym darem. Jeśli ja urodziłem się z talentem do dryblowania, to na przykład „Sobi” urodził się liderem. Tego nie możesz się nauczyć.

 

Pamiętasz, co powiedział w słynnym już „kółku” tuż przed dogrywką?

 

To była niesamowita chwila, z której pamiętam urywki. Wszystko toczyło się wokół tego, że możemy przejść do historii. Mowa była o marzeniach. O tym, że na trybunach siedzą tysiące kibiców i tylko my możemy spełnić nasz wspólny sen, ponieważ jesteśmy na boisku.

 

Wszyscy wiemy, co wydarzyło się kilkanaście minut później. Co czułeś w sekundzie, w której strzeliłeś gola?

 

Emocje, których nie da się opisać. Dostałem piłkę i ruszyłem na bramkę. Niczego nie planowałem. W takich sytuacjach zdaję się na instynkt. To przychodzi nagle – w jednym momencie wiesz, co robić i po prostu to robisz. Nigdy nie bałem się dryblować. Wierzę w siebie i nie ma znaczenia, kogo mam naprzeciwko. Tak było podczas tej akcji. Wszystko wyszło idealnie, a chwilę później wpadłem w kibiców i nie mogłem oddychać.

 

 

 

Nie jest tajemnicą, że uwielbiasz kino. Oglądałeś film „Cinema Paradiso”?

 

Tak! To jeden z moich ulubionych filmów.

 

Pamiętasz tę scenę, w której Alfredo mówi do Toto: „Cokolwiek będziesz w życiu robiłkochaj to tak, jak kochałeś kino, kiedy byłeś chłopcem”? Mamy wrażenie, że ty wciąż kochasz piłkę jak chłopiec i najważniejsza jest radość, którą ona daje…

 

Coś w tym jest. Bardzo kocham piłkę – to mój najlepszy przyjaciel. Rozmawiamy ze sobą w naszym własnym języku. I choć zdarzają się dni, kiedy najchętniej nie wstawałbym z łóżka, to już o świcie pierwsza myśl jest taka, że muszę iść na boisko. Dopóki piłka mnie rozumie, będę grać.

 

Nie czujesz obaw przed powrotem do Belgi? To twoje drugie podejścia w tym kraju.

 

Zobaczymy, co będzie. Postaram się wjechać tam na gazie. Wiem o wiele więcej niż gdy przyjechałem do Genk jako osiemnastolatek. Mam więcej doświadczenia. Z Gdyni wyjeżdża inny Luka. Do tego mam podwójną motywację.

 

Podwójna motywacja oznacza, że odchodzisz do ligi belgijskiej nieprzypadkowo?

 

Dokładnie. Chcę pokazać, co potrafię. Gdy byłem w Genk, nie dostałem szansy. Ale Belgowie jeszcze przekonają się, na co mnie stać. Jednym z moich ulubionych cytatów są słowa Mahatmy Gandhiego: „Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Później wygrywasz”. Staram się robić wszystko, żeby krok po kroku dochodzić do tego czwartego etapu. Znowu zaczynam od pierwszego kroku, przede mną czysta karta.

 

Jak sądzisz, gdzie będziesz za pięć lat?

 

Będę wtedy miał 28, zgadza się?

 

Tak.

 

To może zapytajcie, gdzie będę za dziesięć, co?

 

Za chwilę. Najpierw powiedz, gdzie będziesz za pięć lat.

 

Hmm… W bardzo dobrej lidze. Chciałbym, żeby to była Premier League.

 

To teraz jeszcze na chwilę wróćmy do „Cinema Paradiso”. Toto wyjechał z miasteczka, w którym było jego ukochane kino, ale po wielu latach wrócił. Już jako bardzo znany reżyser… Więc teraz pytanie: gdzie widzisz siebie za dziesięć lat?

 

Będę jak Toto. Postaram się zrobić dobrą karierę i zakończyć ją w Arce. To moje wielkie marzenie. Wróciłbym tu nawet za darmo, byleby właśnie w Gdyni – razem z wami – pożegnać się z piłką.

 

Ale do tego czasu jeszcze odwiedzisz twoją żółto-niebieską rodzinę?

 

Na sto procent. Także nie zdziwcie się, jeśli zobaczycie mnie na meczach z szalikiem w dłoni. Razem będziemy dopingować naszą Arkę.

 

Gruzja słynie między innymi z wyjątkowych toastów. Za co wzniósłbyś dziś toast?

 

Wstałbym i wzniósłbym toast za miłość. Za miłość, którą czuję do Arki i którą Arka czuje do mnie. Za historię, którą wspólnie tworzyliśmy i za jeszcze piękniejszą przyszłość.

 

Więc do zobaczenia, Luka!

 

Do zobaczenia!

 

 

 

Rozmawiali: Andrzej Rukść i Paweł Marszałkowski.








Poprzedni Następny

Mapa Strony