TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Aktualności

img

18.01.2018

Już nieraz odbierałem statuetki, a cztery miesiące później mnie nie było.

Choć Arka została drużyną roku w Gdyni, to Leszek Ojrzyński nie ma zamiaru zbytnio się nad tym rozczulać i przypomina o kruchości zawodu trenera.
 

Życie piłkarskie, a szczególnie to w Polsce, na każdym kroku pokazuje, jak z bohatera błyskawicznie da się przejść drogę do absolutnego zera. Na własnej skórze przekonał się o tym Leszek Ojrzyński, dlatego mimo iż jego uznaje się za ojca obecnych sukcesów Arki, sam podaje brutalne przykłady z własnego doświadczenia.

 

– Może się wydawać, że jestem krytyczny, ale to nie jest prawda. Realistą – owszem. Twardo stawiam kroki. Byłem w klubach, w których nieraz odbierałem statuetki, a cztery miesiące później już pakowałem się i mnie nie było. Sukcesy wtedy nie miały znaczenia. To była przeszłość. Przeszłością jest też miniony rok. Przed nami decydujące o wartości tego sezonu pół roku. Słodzić będziemy sobie po ostatnim meczu – przekonuje trener Arki.

 

Wiosna rzeźni czy sukcesów?

Dodaje, że jego piłkarzy czeka dużo trudniejsza przeprawa niż jesienią, a gra w takim stylu wiosną... wcale nie musi gwarantować utrzymania.

 

– Musimy ciągle iść do przodu. Pracować, żeby poziom był wyższy, bo to, co jest teraz, może nie wystarczyć na utrzymanie.

 

Pozycję startową drużyna ma jednak znakomitą. 31 punktów, czyli tyle, ile po zakończeniu ubiegłego sezonu zasadniczego, najwyższe w historii miejsce po rundzie jesiennej, bo szóste, i półfinał Pucharu Polski w roli obrońcy tytułu. W pełni uzasadnione byłoby zatem myślenie o poprawieniu zeszłorocznego osiągnięcia.

 

– Przychodząc do każdej drużyny zawsze wierzę, że można nawet zdobyć mistrzostwo. Spójrzcie na Górnika. Tak naprawdę ledwo awansował do ekstraklasy, a teraz jest jej rewelacją. Po Leicester też nikt się nie spodziewał mistrzostwa Anglii. Bierzemy udział w takiej lidze, że jak się trafi w odpowiednim momencie, to można zrobić wszystko – zapewnia Ojrzyński.

 

W przypadku Arki myślenie o tytule mistrzowskim jest rzecz jasna na wyrost, natomiast mimo ograniczeń budżetowych, trener i piłkarze pokazują, że można zrobić naprawdę wiele.

 

– Pod kątem organizacji, budżetu, Arka jest gdzieś na dole ekstraklasy i łatwiej byłoby, gdyby była większa swoboda działania na wielu polach. Jak masz więcej środków, to łatwiej je odpowiednio rozdysponować. Dlatego wiedzieliśmy, że musimy postawić na ambitnych ludzi, na których nas stać. Cieszy na pewno, że klub wypłaca nam na czas, bo słyszymy, że niektóre kluby mają z tym problemy. To może wyhamować przede wszystkim mentalnie, co potem się odbija na formie sportowej – przyznaje Ojrzyński.

 

Do szczytu formy daleko

– O formę niektórych trochę się martwię. Liczyłem, że z Yannickiem Sambeą czy z Adamem Danchem będzie lepiej po kontuzjach, ale ani jeden, ani drugi nie mógł tak szybko dołączyć do naszych zajęć – przejmuje się trener Arki. Powodów do zmartwień zatem nie brakuje, tym bardziej że świeży nabytek klubu, Ukrainiec Andrij Bogdanow, również nie jest w optymalnej formie.

 

– Mam taką nadzieję, że do Turcji pojedzie z nami jeszcze ktoś nowy. Tego bym sobie życzył, bo później z takim zawodnikiem – jak nie dotrze, powiedzmy sobie „na czas” – trzeba nadrabiać zaległości. To widać choćby po Andriju Bogdanowie, który do Jarocina dojechał po jakimś czasie. Motorycznie jest gdzieś z tyłu. Wygląda najsłabiej, dlatego na jego przykładzie chciałbym, by zawodnicy, którzy do nas przychodzą, pracowali odpowiednim rytmem, bo to wszystko musi się zazębiać. Tak to na razie wygląda w Arce Gdynia – podsumowuje szkoleniowiec.

 

Dawid Kowalski

 

 

 








Poprzedni Następny

Mapa Strony