Pavels Steinbors: Miejsce w Jedenastce 90‑lecia to jest coś niesamowitego. Bez dwóch zdań z tego powodu miałem największe święto. Tak to odbierają chyba wszyscy, którzy znaleźli się w tym gronie. A ja tym bardziej, bo jestem obcokrajowcem. Proszę mnie dobrze zrozumieć. Jestem bardzo szczęśliwy i bardzo dumny, że trafiłem do Gdyni i że doczekałem takich chwil. Setny mecz jest również dla mnie ważny. Do pełnej radości zabrakło tylko wygranej Arki nad Lechem.
Komu dedykuje pan zaszczyty, których dostąpił pan w Arce?
Fajne pytanie. Dla kogo? Najważniejsze dla człowieka jest jego rodzina, żona, dzieci. To wszystko dla nich. Wiadomo, że gra w piłkę mnie cieszy, ale robię to też dla nich.
Z racji tych wyróżnień przed meczem z Lechem było nieco zamieszania. To odbierał pan koszulkę, to statuetkę. Nie było obawy, że te uroczystości zdekoncentrują pan przed meczem z Lechem?
Właśnie nie. Wszystko działo się szybko, ale porządnie było to przygotowane. Nie było zamieszania, a solidnie to robiono.
W przerwie jednak nie wyszedł pan wraz z innymi laureatami na murawę. To byłoby już za duże ryzyko?
W przerwie miałem być w szatni, z zespołem. To jest normalne. Nawet chyba nikt nie proponował, aby było inaczej. Najpierw jest mecz, a potem inne sprawy, nawet tak przyjemne jak te uroczystości.
Czy najtrudniejszym strzałem, który obronił pan w meczu z Lechem, był ten Darko Jevticia z rzutu wolnego, przy którym wypchnął pan piłkę na słupek?
Czułem piłkę na rękawicy, ale nie wiem, czy zdołałem zmienić kierunek piłki. Dlatego nie wiem, czy to była najtrudniejsza interwencja. Generalnie dla mnie trudniejsze są obrony po tym, gdy piłka przede mną kozłuje. Niekiedy bywa, że trudniejsza od odbicia strzałów są właśnie takie piłki po dośrodkowaniach.