TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

chignahuapan chignahuapan
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
LV Bet
Gdynia Sport

Wirtualna wycieczka


Aktualności

img

23.12.2018

Luka Marić wybrał futbol zamiast piłki ręcznej

Luka Marić opowiada o dylematach wyboru między piłką nożną i ręczną, studiowaniu i pracy w firmie wujka, która wytwarzała okna i parasole.

Stuttgart zawsze będzie mu się kojarzył ze szczęściem. Ale też ze wstydem. Do dziś pamięta ze szczegółami akcję, w której pomocnik VfB dośrodkował z prawej strony, a on strzelił samobójczego gola.

 

– To był najważniejszy mecz Rijeki od lat. Stawką był awans do fazy grupowej Ligi Europy, a ja byłem kapitanem. Piłka leciała bardzo szybko, na nieszczęście nasz bramkarz ją musnął. Odbiła się od mojego kolana i wpadła do siatki. Ale nie rozpaczałem. Nie wiem skąd, ale miałem w sobie silne przekonanie, że sobie poradzimy – wspomina Luka Marić, dziś obrońca Arki Gdynia.

 

W latach 2012-2014 występował w chorwackim HNK Rijeka, które w pierwszym meczu z VfB wygrało u siebie 2:1. W rewanżu, po niefortunnej interwencji Maricia, rywale odrobili straty i dalej nacierali.

 

– W końcówce skontrowaliśmy ich i to my wywalczyliśmy awans. Z ostatnich minut pamiętam kilka zdarzeń. Byliśmy nakręceni, niektórzy z nas aż za bardzo. Jeden z kolegów biegał obok mnie i pytał: „A jeśli wygrają 3:2, to kto awansuje?”. Gdy Stuttgart wykonywał rzut wolny, w murze stanęło trzech kolegów z drużyny. Nasi kibice na trybunach skakali i tańczyli i nagle zobaczyłem, że moi koledzy z muru zaczynają robić to samo. Musiałem krzyknąć, że oni przecież grają w piłkę, a nie są kibicami – opowiada Chorwat. 

 

„Nie puszczę cię”

Czas spędzony w Rijece był najlepszym w jego karierze. Zespół po raz pierwszy od lat awansował tak daleko w pucharach, a kilka miesięcy później Marić wpatrywał się z niedowierzaniem w kartkę papieru. Igor Štimac powołał go do reprezentacji Chorwacji.

 

– Nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem o tym, że niecałe trzy lata wcześniej występowałem na piątym szczeblu rozgrywek i musiałem dodatkowo pracować. To było jak sen – opisuje obrońca.

 

Jego euforię chwilę później zgasił trener HNK Matjaž Kek.

 

– Dopiero wyleczyłeś uraz kostki, a za tydzień gramy ważny mecz w grupie Ligi Europy. Wybacz, ale nie puszczę cię na kadrę – usłyszał. Ze szkoleniowcem nie dało się polemizować i wielka, prawdopodobnie jedyna, szansa na grę w chorwackich barwach przeszła mu koło nosa. 

 

Nielegalne mecze

 

Kanfanar liczy około tysiąca mieszkańców. Jeżeli żyjesz w tamtejszych blokowiskach, a w dodatku lubisz sport, masz dwa wyjścia – możesz grać w piłkę nożną albo ręczną. Wydawało się, że Luka jest skazany na tę drugą dyscyplinę, bo jego tata, pan Mirko, prowadził w Kanfanarze seniorską drużynę piłkarzy ręcznych. Syn najpierw był rozgrywającym, a później lewoskrzydłowym. 

 

Do 16. roku życia uprawiał dwie dyscypliny.

 

– Najpierw w sobotę koło południa rozgrywałem w Kanfanarze mecz piłkarski w szóstej lidze. Po południu na boisku obok grałem w piłkę ręczną, a w niedzielę występowałem w piłkarskim zespole juniorskim z Rovinja, którego formalnie byłem zawodnikiem. W Kanfanarze grałem nielegalnie, zamiast zarejestrowanego kolegi, ale nikt się nie zorientował. Chciałem pomóc ludziom z mojego miasta – tłumaczy.

 

W końcu trzeba było podjąć decyzję. Jeszcze jako 14-latek Marić dostał powołanie do reprezentacji Chorwacji w piłkę ręczną. Tym razem nie szalał ze szczęścia. Stwierdził, że nie pojedzie na obóz, bo nie wyobraża sobie tygodnia bez treningów piłkarskich. Po ukończeniu liceum wybrał futbol, ale grał w niższych ligach.

 

– Studiowałem dziennie ekonomię i po zajęciach szedłem na trening. Latem z kolei pracowałem. Najpierw na kempingu, gdzie siedziałem w recepcji i pilnowałem, czy ludzie rozbijają namioty we właściwych miejscach. Po dwóch latach zacząłem pracować w firmie wujka, która wytwarzała okna i parasole. Wtedy dostałem ofertę z NK Pomorac – opowiada.

 

Zespół występował na zapleczu ekstraklasy, ale miał duże ambicje. Po rozmowie z rodzicami Luka zdecydował się podjąć wyzwanie. Próbował kontynuować trzeci rok studiów, ale zrozumiał, że nie da rady, bo zespół miał siedzibę pod Rijeką i piłkarze trenowali dwa razy dziennie. Pomorac zajął drugie miejsce w tabeli, a Marić wpadł w oko przedstawicielom lepszych klubów. Najpierw trafił do Istry 1961, a po kolejnym sezonie do Rijeki.

 

Superpuchar Polski, po który Arka sięgnęła w tym roku, to trzecie trofeum w kolekcji Maricia, ale pierwsze, w przypadku którego zagrał w decydującym meczu. Gdy Rijeka zdobywała Puchar Chorwacji, fizycznie i psychicznie czuł się fatalnie.

 

– Zerwałem więzadła krzyżowe w kolanie. Działacze chcieli przedłużyć ze mną umowę o rok, ale zaproponowali mi gorsze warunki. Nie zgodziłem się na nie. Przez kilka miesięcy czułem się pozostawiony sam sobie. Leczyłem poważną kontuzję, nie miałem klubu, dopiero we wrześniu zakończyłem rehabilitację – mówi. Drugie trofeum to Puchar Rumunii wywalczony z Dinamem Bukareszt. W finale nie zagrał, bo trener Cosmin Contra – trzeci, który prowadził go w tym klubie przez dwa lata – na niego nie stawiał.

 

– Nie mam do niego żalu. Może nawet nie wiedział, ile ja potrafię? W drużynie panował chaos – wspomina Chorwat.

 

Nie zaspał

Marić ma też za sobą grę w irańskim Persepolis, z którym sięgnął po wicemistrzostwo kraju. Do drużyny sprowadził go trener Branko Ivanković, który w 1998 roku podczas mistrzostw świata we Francji, kiedy Chorwacja wywalczyła trzecie miejsce, był asystentem Miroslava Blaževicia. Gdy pytamy 31-latka o rywalizację w lidze irańskiej, Marić wyciąga telefon komórkowy. Chwilę czegoś szuka, wreszcie włącza film, który nagrał przed derbami stolicy. Jego Persepolis gra z najbardziej utytułowanym irańskim klubem, Esteghlalem. Na stadionie jest ok. 100 tysięcy kibiców, jedna połowa ubrana na czerwono, a druga na niebiesko. Tumult niesamowity. 

 

– Czerwoni to my, a niebiescy oni. Spaliśmy wtedy w hotelu obok stadionu. Pamiętam, że obudziłem się w dniu meczu, podszedłem do okna i zobaczyłem, że wiele tysięcy kibiców stoi przed obiektem. Przeraziłem się. Myślałem, że zaspałem. Ale nie, była siódma rano, mecz zaczynał się za 10 godzin. Ci ludzie po prostu nie mogli się doczekać. Jestem Chorwatem, a mimo to zaskoczyło mnie, że ktoś aż tak może kochać futbol – kończy Marić.

 

Jakub Radomski

 

 http://arka.gdynia.pl/images/galeria_zdjecie/big/prasa052_d91c003ef439aa787a03063d5a617b9a.jpg








Poprzedni Następny

Mapa Strony