TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
LV Bet
Gdynia Sport grandprixgdyni Wirtualna wycieczka

Aktualności

img

11.03.2018

Krępy stoczniowiec, który został piłkarzem.

Przeszedł drogę od podwórkowego trzepaka aż do zawodowego piłkarza Ekstraklasy. Niewiele jednak brakowało, by do dzisiaj pracował ze szlifierką w rękach przy remontach okrętów. Jak to się więc stało, że Rafał Siemaszko, były stoczniowiec, mieszkaniec Rumi, na zawsze zapisał się na kartach historii Arki Gdynia?

 

– Na podwórku była nas spora grupa dzieciaków. Długo nie trzeba było wymyślać, w co gramy. Wystarczył trzepak. Później ktoś wpadł na pomysł, żeby zapisać się do klubu. Oczywiście do Orkana Rumia. Na stadion mieliśmy, ja wiem... trzy kilometry? Coś koło tego. Chodziliśmy całą grupą na treningi – wspomina początki Siemaszko.

 

– Granie w klubie to była wyższa półka. W szkole mogłeś się pochwalić, że nie biegasz już po podwórku, a grasz dla konkretnej drużyny. Zazdroszczono nam. Najbardziej tego, że nawet jako trampkarze swoje mecze ligowe rozgrywaliśmy na głównej płycie – tam, gdzie pierwsza drużyna. To był ewenement – dodaje.

 

Wyróżniał się, choć przyznaje, że byli też lepsi. Tyle tylko, że ich zaparcie nie było tak widoczne, jak u Siemaszki.

 

– Wpadli w złe towarzystwo, a ja go uniknąłem. Zbyt mocno kochałem piłkę, by z niej zrezygnować – wyjaśnia.

Kierunek: stocznia

Piłka nożna stała się jego największą miłością. Kiedy jednak kończył gimnazjum, pojawiły się pierwsze dylematy. Przecież futbol na poziomie III ligi nie zagwarantuje chleba. Siemaszko realnie mierzył więc siły na zamiary – chciał przede wszystkim skupić się na wykształceniu.

 

– Wiedziałem, że stać mnie na trochę więcej niż zawodówka, natomiast o liceum ogólnokształcącym kompletnie nie myślałem. Bo co bym po nim miał? Żadnego papierka, trzeba by było iść dalej na studia, a tam to już siebie kompletnie nie widziałem – śmieje się Siemaszko. Padło na Zespół Szkół Budownictwa Okrętów przy ulicy Energetyków w Gdyni.

 

– Wspólnie z kolegami wybraliśmy więc technikum. Żeby było raźniej. Uczyłem się tam cztery lata i w tym czasie grałem już w pierwszym zespole Orkana. Ale o piłce nie myślałem wtedy za poważnie. Priorytetem była nauka, zrobienie papierów technika i pójście do pracy. Mój tata jest stoczniowcem i pomyślałem, że to też dobra droga dla mnie – mówi o pierwszych rozterkach życiowych Siemaszko.

 

– Oprócz podstawowych przedmiotów miałem też te stricte zawodowe. Jakieś rysunki techniczne, podstawy konstrukcji maszyn – to wszystko trzeba było opanować i wykuć na pamięć. Nigdy prymusem nie byłem, ale też nie nieukiem. Średnia trzy, trzy i pół zawsze była. Do paska daleko – uśmiecha się.

Przerwa od piłki

Skończył szkołę i... skończył też z piłką. Wygrał rozsądek i twarde stąpanie po ziemi, a nie wybujałe pragnienia, których kontynuowanie nie równało się z życiem na choć przyzwoitym poziomie.

– W domu nigdy się nie przelewało, więc nie mogłem dłużej żyć na garnuszku rodziców. Wtedy w Orkanie nie zarabiałem kokosów, bardziej kieszonkowe. Było na buty do grania i drobne przyjemności. Po szkole miałem za to papierek, mogłem iść do pracy w stoczni – opowiada.

– W pierwszym miesiącu wypracowałem trzysta godzin. Chodziłem wtedy z tatą na nocki – sobota czy niedziela, nieważne. Robiliśmy po dwanaście godzin dziennie. Przychodziliśmy, szybka kawa, majster rozpisywał, kto, co ma robić i do rana trzeba było pracować. Przez pierwsze noce zasypiałem w pracy. Oczy same mi się zamykały – śmieje się napastnik Arki. – Na początku to wiadomo: jestem nowy, znam tylko teorię, więc czekało mnie szlifowanie i kosmetyka okrętów. Nieraz szlifierka była tak ciężka, że po piętnastu minutach ręce odpadały. Zimą widać było na niej szron, wszystko zamarzało, było bardzo ciężko. Ale uodporniłem się. Tyle że nie było czasu na piłkę. Musiałem z nią skończyć. Myślałem, że na zawsze.

 

Bez niej Siemaszko wytrzymał jednak tylko dwa miesiące. Z czasem nocki odeszły, praca była za dnia. W Orkanie zaczęto go zatem namawiać na wznowienie treningów.

 

– Doszliśmy do wniosku, że dostanę jeszcze parę groszy więcej i wrócę do drużyny. Pracy jednak nie rzuciłem, bo pieniądze w Orkanie dalej nie dawały mi utrzymania. Ale zmianę kończyłem już po 14, wracałem szybko do domu, jadłem obiad, a nieraz i nie. Brało się tylko torbę i szło na autobus na trening. Czasami zabierałem się z trenerem Jarosławem Kotasem, co było wygodniejsze. Ile ja się nasłuchałem jego historii o karierze, jak jeszcze grał w Niemczech! – pamięta Siemaszko.

Niewypał wystrzelił

Przełom w jego karierze nastąpił przy sporym udziale trenera Grzegorza Nicińskiego. To on polecił Siemaszkę Arce, która dała napastnikowi szansę. Pracę w stoczni trzeba było zatem zostawić i zająć się tylko piłką. Szybko jednak dylemat, co robić w przyszłości, wrócił, bo w klubie z Gdyni Siemaszko rozegrał zaledwie 12 meczów, a Arka spadła do I ligi. Wrócił z powrotem do Orkana, tym razem już bez pracy w stoczni.

 

– Ale znowu miałem wyższy kontrakt. Taki, który pozwolił mi już wynająć mieszkanie i żyć – mówi Siemaszko i od razu zaznacza: – Mimo to były momenty krytyczne, chciałem wrócić do pracy w stoczni. To było pewniejsze na przyszłość.

 

Szybko jednak dostał propozycję gry w II lidze – Gryfie Wejherowo, a później o ligę wyżej – w pierwszoligowej Chojniczance Chojnice.

 

– Miałem jeszcze do wyboru Kluczbork. A że byłem bez auta, bo jeszcze się go nie dorobiłem, to zacząłem chłodno analizować. Wybrałem Chojnice, bo bliżej – wspomina Siemaszko.

 

To stamtąd po raz drugi wyłowiła go Arka. Tym razem było zupełnie inaczej. Grał często i zdobywał bramki jak na zawołanie.

– Nagle wpadało wszystko. Jeden, drugi mecz z golem, myślę: „Co tu się dzieje?!”. To była euforia – uśmiecha się Sportowiec Roku Pomorskich Sztormów 2017.

Nieoczekiwanie stał się lokalną gwiazdą. Strzelał dla Arki coraz ważniejsze bramki. Jedna z nich, której kibice nie zapomną mu nigdy, to ta z finału Pucharu Polski z Lechem Poznań. Dołożył do tego gola w europejskich pucharach.

 

– Oglądam skróty z tych meczów, widzę te bramki i zastanawiam się, czy to na pewno ja. Kto by pomyślał, że taki mały, krępy i wywrotny będzie hasał po boisku i strzelał gole. Nigdy nie przypuszczałem, że czeka mnie w życiu coś takiego – wzrusza się Siemaszko – zwykły chłopak z trzepaka, który ze stoczni trafił do zupełnie innego świata.

 

– Słyszałem, że w razie niepowodzenia z piłką szlifierka i palnik na mnie czekają – śmieje się ubiegłoroczny najlepszy strzelec Arki.

 

Dawid Kowalski








Poprzedni Następny

Mapa Strony