TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
LV Bet
Gdynia Sport Wirtualna wycieczka

Aktualności

img

12.08.2017

Tadeusz Socha: Najbardziej bolą plotki.

W ekstraklasie rozegrał 134 mecze. Dużo, można go więc nazwać doświadczonym ligowcem. Ale można też mówić o zawodniku nieskutecznym, bo Tadeusz Socha nie strzelił w nich gola. – Jakiś czas temu czytałem o tym, ale nie czułem się urażony. Bo czemu miałbym? Przecież to prawda. Taką mam już rolę na boisku, że zostaję z tyłu i zabezpieczam chłopaków. A gdy miałem jakieś okazje, zabrakło szczęścia. Albo umiejętności – mówi obrońca Arki.

 

Gdyby karierę Sochy przeanalizować dokładniej, okazałoby się, że strzelił w niej w sumie... cztery gole, z czego dwa w I lidze. Pierwszą bramkę zdobył, mając już 27 lat.

 

– To było w sierpniu 2015 roku, zaraz po transferze do Arki. Graliśmy u siebie ważny mecz z GKS Katowice, a ja prezentowałem się źle. Popełniałem błędy, myślałem, że trener zdejmie mnie z boiska. Ale zostawił. W 90. minucie Marcin Warcholak zagrał w moim kierunku, a ja uderzyłem. Na szczęście był jakiś wielki rykoszet i bramkarz został kompletny zmylony. Ten gol dał nam trzy punkty. Gdy piłka znalazła się w siatce, nie wiedziałem, co robić. Zgłupiałem. Ja i gol? Nowość. W końcu po prostu pobiegłem przed siebie – opowiada z uśmiechem Socha.

 

Ból i bezradność

W rewanżu z duńskim Midtjylland w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Europy Socha też strzelił gola, tyle że samobójczego. Wszystko wydarzyło się w 77. minucie, gdy Arka prowadziła 1:0 (pierwszy mecz wygrała 3:2) i wydawało się, że kontroluje spotkanie. – Sama bramka nie była jakimś wielkim ciosem. Najgorzej, że nasi przeciwnicy złapali wiatr w żagle i w końcówce strzelili decydującego gola. Gdy schodziłem z boiska, przypomniałem sobie swój ostatni mecz w pucharach. To był sierpień 2013 roku, kiedy Śląsk grał z Sevillą. Myślałem o tym, ile już czasu minęło i jaką drogę musiałem pokonać, by znów do nich awansować.

 

Czułem ból, bezradność, jednocześnie zrozumiałem, że mogę już nigdy nie zagrać w pucharach. A to dla mnie wielka sprawa, bo czuję, że w tych rozgrywkach reprezentuję cały kraj – wspomina zawodnik.

 

W szatni Arki tuż po meczu dominowała cisza, co jakiś czas tylko rozlegały się podniesione głosy. „Jakie to, kur... niesprawiedliwe!” – ktoś krzyknął. Do wszystkich dochodziło, jak brutalnie skończyła się ich wielka przygoda.

 

Komentujący mecz w telewizji Arkadiusz Onyszko, były bramkarz Midtjylland, mówił, że Arka jest sama sobie winna, bo w ostatnich minutach za głęboko cofnęła się we własne pole karne.

 

– Kilka miesięcy temu oglądałem mecz Ligi Mistrzów i pytałem sam siebie, dlaczego Manchester City tak bardzo się cofnął. Łatwo wygłasza się takie sądy, ale, gdy masz dwa gole przewagi, czasami robisz to automatycznie, bez kontroli. A gdybyśmy wycofali się i skontrowali ich, strzelając na 2:0? Eksperci mówiliby, że wyrachowana Arka w pomysłowy sposób załatwiła Duńczyków – opowiada Socha.

 

Lepiej grać w tenisa

Czwartkowy mecz 1/16 finału Pucharu Polski ze Śląskiem był dla niego szczególny, bo Socha pochodzi z Wrocławia i w latach 2007–2015 występował właśnie w tym klubie. Gdy był mały, rodzice zabierali go wraz z rodzeństwem na narty i łyżwy. Kilka lat później usłyszał od ojca: „Zostań tenisistą. To gra indywidualna, w której najwięcej zależy od ciebie”. Ale on postawił na piłkę.

 

– W 2007 roku trafiłem do seniorów. Byłem zaskoczony, gdy przed meczem z Podbeskidziem w Bielsku–Białej trener Ryszard Tarasiewicz powiedział, że zagram od pierwszej minuty jako defensywny pomocnik.

 

Polegliśmy wtedy z kretesem, było 0:3, ale ja akurat usłyszałem, że zagrałem nieźle – mówi Socha. Z Tarasiewiczem pamięta jeszcze jedną historię. – Wiem, że zainteresowani pozyskaniem mnie byli działacze Wisły Kraków.

 

Gdy trener dowiedział się o ofercie, powiedział: „Jeżeli chcą, to niech kupują, a my sobie sprowadzimy pięciu takich jak Tadek”. Oczywiście żartował, o czym mi zresztą powiedział. Efekt był taki, że zostałem we Wrocławiu i nie żałuję, bo później osiągnąłem ze Śląskiem swoje największe sukcesy – wspomina obrońca.

 

„Co on wyprawia?”

Sezon 2013/2014 był jego ostatnim w klubie z Wrocławia. Nie spodziewał się, że w drużynie, która była jego całym życiem, może poczuć się tak źle.

 

– Wylądowałem w rezerwach i nikt nie potrafił mi racjonalnie wytłumaczyć, skąd taka decyzja. Nie mam problemów z ludźmi, którzy krytykują moją grę, ale nienawidzę sytuacji, w której pojawiają się bzdurne plotki na mój temat. Trudno z tym walczyć.

 

Dziś jestem szczęśliwy w Gdyni, ale wciąż pamiętam tamte zdarzenia. Pewne osoby rozpowiadały, że nie prowadzę się jak profesjonalista, do tego dochodziły publikacje o moich wirtualnych zarobkach. Ludzie to czytali i później pytali moich rodziców i innych bliskich mi osób: „Co ten Tadek wyprawia?”. A ja ciągle chciałem tylko jak najlepiej grać w piłkę – kończy Socha.

 

Jakub Radomski








Poprzedni Następny

Mapa Strony