TA STRONA UŻYWA COOKIE.
Dowiedz się więcej o celu ich używania. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na korzystanie z cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
chignahuapan
Arka-Facebook Arka-Instagram Arka-Twitter Arka-YouTube Arka-TV Bilety Liga typera Stowarzyszenie Inicjatywa Arka
gdyniasport

Aktualności

img

21.01.2016

Kupcewicz wspomina trenera, który do treningu używał? kilofów.

„Ale to już było” zawitało tym razem nad morze, gdzie pod lupę wzięliśmy srebrnego medalistę Mistrzostw Świata z Hiszpanii, Janusza Kupcewicza. Opowiedział on między innymi o żartach wykręcanych Jackowi Gmochowi, czym był poniedziałki ligowe i dlaczego każda drużyna, powinna chociaż raz w roku pojechać w góry. Zapraszamy!

 

Kariera z dzisiejszej perspektywy – spełnienie czy niedosyt?

 

Mimo wszystko spełnienie, bo osiągnąłem dużo. Mistrzostwo Polski, Puchar Polski, wyjazd na Mundial w Hiszpanii, gdzie strzeliłem bramkę decydującą o trzecim miejscu – myślę, że każdy piłkarz chciałby osiągnąć coś podobnego.

 

Największe spełnione piłkarskie marzenie?

 

Wyjazd na Mistrzostwa Świata.

 

Największe niespełnione piłkarskie marzenie?

 

Zawsze jest tak, że człowiek myśli – mogłem osiągnąć coś więcej. Gdybym szedł do innych klubów i jeśli bym się tam sprawdził – bo to jest inna sprawa – to może byłoby lepiej. Grałbym w Pucharze Europy. Ale ogólnie i tak jestem zadowolony.

 

Duży zagraniczny transfer, który nie doszedł do skutku?

 

Była propozycja ze Stuttgartu, ale Arka mnie nie puściła. Natomiast w kraju, w pewnym momencie miałem propozycję z każdej drużyny w Polsce, z pierwszej ligi, ale dobrze zrobiłem, że poszedłem właśnie do Arki – spędziłem tam w końcu osiem lat i grałem regularnie. Mogłem iść do Legii, czy do Górnika, których działacze mnie odwiedzali, oferowali też dużo większe pieniądze. Ale uważam, że lepiej zarabiać trochę mniej i grać regularnie. Nie wiem, czy bym się tam przebił – a w Arce mogłem się pokazać.

 

Najlepszy piłkarz, z którym grał pan w jednej drużynie?

 

Może niektórych zaskoczę, ale Mirosław Okoński – ten facet miał umiejętności niesamowite. Jego lewa noga była świetna – potrafił uderzyć zewniakiem, wewnętrznym, środkowym podbiciem. No, z piłką robił co chciał. Przed treningami piłkarze lubią grać w dziadka, jak w jednej grupie ćwiczył Okoński, to inni bali się być w środku – bo od razu dostawali kanał. To nie jest przypadek, że został najlepszym obcokrajowcem w Niemczech. Szkoda, że potem jego losy potoczyły się tak, a nie inaczej, chyba trochę zawalił.

 

Najlepszy piłkarz, przeciwko któremu pan grał?

 

Trudny wybór, bo jak zaczynałem karierę to inni kończyli, albo wyjeżdżali za granicę, jak choćby Włodzimierz Lubański. Ale chyba jednak Kazio Deyna, który występował na podobnej pozycji co ja. Jak oglądałem mecze Legii w telewizji, to jego ruchy wydawały się wolne, tak sunął dostojnie. A jak się z nim grało, to nie było szans zabrać mu piłkę, jak tymi swoimi zakosami kręcił. Był przecież trzecim piłkarzem świata, o czymś to świadczy. Nie był lubiany, bo Legia była klubem Wojskowym, ale świetny zawodnik, naprawdę.

 

Najlepszy trener, który pana trenował?

 

Na pewno w młodości dużo zawdzięczam swojemu ojcu, śp. Aleksandrowi Kupcewiczowi. Poza tym, to jeszcze Stefan Żywotko – naprawdę wiele mnie nauczył i jeszcze sporo wbił do głowy.

 

Najgorszy trener, z którym miał pan przyjemność?

 

Trudno powiedzieć, ale mimo wszystko chyba Grzegorz Polakow, którego spotkałem w Arce. Miał swoją specyfikę prowadzenia zajęć, ale uważam, że są inne metody pracy, choćby nad mięśniami. A on, kazał nam kilofami robić dziury w ziemi, takie na pół metra. Wiesiu Kędzia, kierownik drużyny, został wysłany do stoczni, żeby te kilofy przywiózł. Ja jako jedyny nie ćwiczyłem, powiedziałem, że mnie kręgosłup boli – do tej pory mam problemy z kręgosłupem – a chłopaki musieli te dziury robić. Nie wiem, może to nawet było i przydatne, ale komu by się podobało jechać z kilofami na obóz?

 

Gej w szatni? Spotkał pan takiego, chociaż raz?

 

Nie, nie spotkałem.

 

Najlepszy żart, jaki zrobili panu koledzy? Kto i gdzie?

 

Nie przypominam sobie, na pewno były, bo żyliśmy na wesoło, ale sobie nie przypomnę.

 

Najlepszy żart, który wykręcił pan?

 

Może nie tyle co ja, ale drużyna, gdy kadrę prowadził trener Gmoch. Wsypaliśmy mu maggi do czerwonego wina, wkładaliśmy wykałaczki do jabłek – dobrze że mu się nic nie stało, bo on w ogóle się nie orientował! Tak na marginesie, teraz oglądam często telewizję i słyszę, jak Gmoch mówi, że dzięki niemu polska piłka tyle osiągnęła… No, każdy może mieć swoje zdanie.

 

Kim chciał pan być po zakończeniu kariery i jak bardzo marzenia różnią się od rzeczywistości?

 

Trochę zawaliłem, bo mogłem iść w trenerkę – prowadziłem Lechię w drugiej lidze, czy halową reprezentację Polski. To jest trudny zawód, ale myślę, że bym sobie poradził. Teraz 19 rok pracuję w szkole podstawowej, jestem też radnym w Sejmiku Wojewódzkim. Dla Arki wyszukuje młode talenty, z drugiej, trzeciej ligi. A czy to się pokrywa z marzeniami… Marzenia każdy ma. Ja jestem zadowolony z tego co mam.

 

Co innego mogę powiedzieć o życiu po karierze. Mam trochę problemów ze zdrowiem i na przykład dziwie się, że nie ma emerytur sportowych. Rozmawiałem nawet o tym z Romanem Koseckim, ale on powiedział, że to jest dla PZPN nie do przeskoczenia. Taki kraj, takie państwo. Rozczarowanie – uważam, że medaliści Mistrzostw Świata zasługują na jakąś pomoc. Olimpijczycy taką otrzymują.

 

Co kupił pan za pierwszą grubszą premię?

 

Pierwszej nie pamiętam, ale pamiętam najwyższą – po Mistrzostwach Świata kupiłem sobie Opla Kadett.

 

Najbardziej wartościowy przedmiot, który pan kupił?

 

To moja była żona może odpowiedzieć! Dużo rzeczy wtedy jej kupowałem, nie mogła narzekać. W tamtym okresie czasu było mnie po prostu stać.

 

Największa suma pieniędzy przepuszczona w jedną noc?

 

To inaczej niż z żoną, bo sam nie byłem bardzo rozrzutny. Nie były to wielkie pieniądze, nie ma się czym chwalić.

 

Najbardziej pamiętna impreza po sukcesie?

 

Po mistrzostwie Polski z Lechem Poznań. Było wesoło, było bardzo bogato. Ale jak mogło być inaczej, wtedy zdobyliśmy pierwszy tytuł dla Lecha.

 

Z którym piłkarzem z obecnych Ekstraklasowiczów zagrałby pan w jednej drużynie?

 

Jak jeszcze tu był, to Robert Lewandowski – stawiam go za wzór swoim dzieciom w szkole. Obecnie, nie kojarzę jakichś większych indywidualności w polskiej lidze. Tak jak powiedziałem wcześniej, że najlepszym piłkarzem z jakim grałem był Okoński, tak teraz nikogo podobnego nie widzę.

 

Z którym z obecnych trenerów Ekstraklasy chciałby pan pracować?

 

Piotr Stokowiec z Zagłębia Lubin i Jacek Zieliński z Cracovii. Jechałem kiedyś z nimi na mecz benefisowy. Miałem okazję posłuchać jak rozmawiają o piłce. Mają dobre, życiowe podejście i rozumieją pracę, jaką powinno się wykonywać z zespołami. Przypadło mi do gustu, jak rozmawiają o zawodnikach, o pracy nad motoryką i techniką.

 

Poziom Ekstraklasy w porównaniu do pana czasów – tendencja wzrostowa, czy spadkowa?

 

To trudno ocenić, bo jak grałem, to piłka była dużo wolniejsza. Ale wtedy, na 10-11 piłkarzy, to przynajmniej sześciu było zaawansowanych technicznie. Technika jest podstawą, jeśli chodzi o futbol. Piłka mi nie przeszkadza, ja ją pilnuje, a nie odwrotnie. To moja subiektywna opinia, ktoś się może nie zgodzić, ale poziom wtedy chyba był jednak wyższy.

 

Najcenniejsza pamiątka z czasów kariery piłkarskiej?

 

Wiadomo – srebrny medal za trzecie miejsce na Mistrzostwach Świata. Srebrny, bo wtedy był złoty, pozłacany i właśnie ten, który mam ja. Poza tym, urodzinowe prezenty od chłopaków z Chicago, Nowego Jorku i Łodzi. Na przykład ostatnio dostałem piękny puchar od jednego pana z Widzewa, taki ładny że się w głowie nie mieści. Wygrawerowane zdjęcie, podpis – wszystko pięknie.

 

Pierwszy samochód?

 

Fiat 127p.

 

Najlepszy samochód?

 

Jeżdżę nim od 11 lat – Toyota Avensis.

 

Najlepszy młody polski piłkarz, który ma szansę zrobić wielką karierę?

 

Kiedyś w Gdynii był turniej juniorów, wypatrzyłem tam chłopca 8-9 letniego. Powiedziałem – on zrobi dużą karierę. Nazywał się Rafał Wolski. No i rzeczywiście, tutaj się wyróżniał, ale potem gdzie nie pojechał, to nie dawał rady. Dlatego takie rzeczy trudno przewidzieć. Teraz wyskoczył Kapustka, Linetty od dłuższego czasu gra na wysokim poziomie. Wyjazd za granicę to zawsze jest duża zmiana, zostawia się rodzinę, znajomych – dostosować się do nowego kraju jest ciężko. Przykładem musi być Robert Lewandowski, jak się czyta wypowiedzi jego, albo żony – to jest prawdziwy profesjonalista. Ma już wszystko, a i tak nie odpuszcza. Dużo młodych myśli, że dostaje 20-30 tysięcy miesięcznie to może się bawić, jest luz. Jak będą mieli takie podejście, to nigdy w piłce nie osiągną dużo.

 

Artykuł prasowy o panu, który najbardziej zapadł w pamięć?

 

Bardzo niesympatyczny artykuł był w Fakcie, po aferze korupcyjnej w Arce. Ja z tego gówno miałem, nic nie miałem, a oni mnie objechali strasznie. Inni ludzie na tym zarabiali pieniądze. Mają domy, mieszkania, mercedesy, a ja nigdy żadnych pieniędzy za to nie wziąłem. A w Fakcie mi dowalili naprawdę.

 

Ulubione zajęcie podczas zgrupowań?

 

Tenis stołowy, koszykówka. Myśmy byli wysportowani, każdy lubił poza piłką jeszcze inne dyscypliny. W chłopki graliśmy, tak się wtedy mówiło na piłkarzyki. To były inny czasy, nie było komputerów, internetu, gier. Samemu trzeba było sobie znaleźć zajęcie.

 

Ulubiony komentator?

 

Jasiek Ciszewski. Bez porównania, zdecydowanie. Reszta mogłaby buty za nim nosić, nikt nie jest w stanie mu podskoczyć.

 

Ulubiony ekspert?

 

Nie mam takiego. Ja w ogóle w tych ekspertów nie wierzę. To są ludzie, którzy znają się na 2-3 dyscyplinach, a jeśli ktoś się zna to powinien mieć swój jeden konik. Dlatego nikogo nie wymienię.

 

Największy jajcarz, z którym dzielił pan szatnię?

 

Adaś Musiał. Przyjechał do nas po ciężkim wypadku, Wisła z niego zrezygnowała. Kibice Arki z Wisłą się nie lubią, ale myśmy go bardzo dobrze przyjęli, bo trzeba oddzielić kibicowskie sympatie od zawodników. Było z nim bardzo wesoło w szatni i poza nią.

 

Największy pantoflarz?

 

Nie, takiego nie pamiętam.

 

Największy podrywacz?

 

Każdy był jakimś podrywaczem! Jeden lepszy, drugi gorszy, ale nie było takiego, którego bym mógł wyróżnić.

 

Największy modniś?

 

Mirek Okoński, Okonek. Zawsze lubił się ubrać elegancko.

 

Najlepszy prezes?

 

Hieronim Nowak z Lecha Poznań, złego słowa nie powiem.

 

Najgorszy prezes?

 

Nie mam takiego. Grałem od pierwszej po piątą ligę i dawaliśmy sobie radę z prezesami Nie było takiego, który by robił nam krzywdę, raczej starali się działać na korzyść klubu.

 

Największe opóźnienie w wypłaceniu pensji?

 

Chyba jak grałem w Turcji, to wtedy była najdłuższe opóźnienie. Ale niedługie, trzy miesiące – potem wszystko uregulowali. Ale Turcy są z tego znani, żadna to nowinka z mojej strony.

 

Alkohol w sezonie?

 

Tak, kiedyś w polskiej lidze się mówiło, że były poniedziałki ligowe. Spotykaliśmy się z chłopakami, gdzieś się szło na miasto, jeden wybrał piwo, drugi wódkę. Po takim poniedziałku człowiek miał dość przez cały tydzień, potem przychodziła sobota, niedziela, czyli mecz. No i znowu poniedziałek. W tamtym czasie różne rzeczy się działy, ale to zawsze była jedna kwestia – wszystko jest dla ludzi.

 

Najlepszy kumpel z boiska po zakończeniu kariery?

 

Z Rysiem Szewczykiem do dzisiaj utrzymuję kontakt, bo mieszka w Gdyni. Z Grzesiem Latą, Jasiem Domarskim, Józefem Młynarczykiem spotkamy się od czasu do czasu przy jakiejś okazji, zawsze sobie złożymy życzenia, czy to na imieniny, czy na święta. W Stanach mam jeszcze Wiktora Kasprowicza i Mariana Nowackiego. Ten drugi zaprosił mnie nawet na 60. urodziny do swojego domu, w Meksyku.

 

Obozy sportowe – bieganie po górach, czy bieganie po górach z kolegą na plecach?

 

3-4 lata temu rozmawiałem z Czesiem Michniewiczem i powiedziałem mu, że dla mnie nie jest ważny wyjazd do Grecji, czy Turcji. Trzeba jechać w góry. On mówi: „Janusz, to już jest przeszłość, 100 lat temu tak się robiło.” Jednak z tego co wiem, to powoli wraca. Taki wyjazd to zmiana klimatu, inna tlenówka. Kluby powinny być 10-14 dni w górach i potem dopiero lecieć do ciepłych krajów, by rozegrać parę sparingów. Ale jasne, mogę się mylić.

 

Najgroźniejsza kontuzja?

 

Gdy byłem w Saint-Etienne. Dokładnie nie wiem nawet jak to się nazywało, ale chyba naciągnięcie jakiejś partii mięśni w podbrzuszu. Leczy się to zakładając taką specjalną siatkę. Osiem miesięcy nie grałem.

 

Czego zazdrości pan dzisiejszym piłkarzom?

 

Ja nie jestem z tych ludzi, którzy zazdroszczą. Dzisiejsi piłkarze mają fajne pieniądze, ale za darmo ich nie dostają. My żyliśmy w innych czasach, oni są w innych i tyle. Ale inna sprawa – dziś jest euforia bo jedziemy na Euro, Adam Nawałka został trenerem roku, Lewandowski sportowcem. A to wszystko powinna dziać się po mistrzostwach. Już nawet nie mówię, że najważniejszą imprezą jest Mundial. Może jestem trochę malkontentem, ale uważam, że najpierw powinniśmy osiągnąć coś na Euro. Wtedy będzie sukces.

 

Przygotował PP








Poprzedni Następny

Mapa Strony